Dziś wybrałyśmy się z Mileną na wystawę starych pociągów i gratów czyli samochodów 😉 Porobiłam sporo fotek, więc pozwolę im dziś przemówić.











Dziś wybrałyśmy się z Mileną na wystawę starych pociągów i gratów czyli samochodów 😉 Porobiłam sporo fotek, więc pozwolę im dziś przemówić.











Pierwszy raz na Dolnośląskim Festiwalu Biegów Górskich w Lądku Zdroju byłam 10 lat temu. Bo dziesięciu latach wracamy z namiotem i czterolatką.

Kilka miesięcy temu M pyta mnie czy chcę pobiec w Lądku, sam uznał że pobiegnie 70km jak za starych dobrych czasów. Kiedyś próbował nawet 240km ale skończyło się na tym, że musiałam go odbierać z Bystrzycy czy skądś tam indziej. Tyle tego było, że już nie pamiętam skąd i kiedy go odbierałam pokonanego przez kilometry i inne przypadłości biegaczy.

Uznałam, że pewnie pobiegnę sobie dyszkę, czemu nie i… nie trenowałam. Typowa Magda.
Ponieważ miałam pewne wnioski po ostatnim spaniu pod namiotem, zrobiłam stosowne zakupy: tym razem zamiast maty samopompującej kupiłam dmuchaną karimatę. 6 grubości więc liczyłam że się wyśpię – jestem z tych co się wiercą i śpią na boku.

W dniu wyjazdu porobiłam jeszcze zakupy typowo biegowe oraz kupiłam krzesełka turystyczne. Takie małe, bez podłokietników. Potem zaczęło lać…

Lało okropnie więc uznaliśmy że jedziemy do moich rodziców i następnego dnia rano podjedziemy do Lądka o ile nie będzie padać. Całe szczęście nie padało! Z opóźnieniem zjawiliśmy się na polu namiotowym.

W tym roku pole było płatne. Miało być za to luksusowo: ciepła woda pod prysznicem, kibelki, miejsce relaksu. Kibelki naprawdę luksusowe, ceramiczne, eleganckie. Reszta interesowała mnie mniej.

Pierwszy raz spaliśmy też w ścisku – było sporo ludzi ale udało się rozbić namiot i nie zaglądać komuś do wnętrza jego namiotu. Pod namiot położyłam pałatkę. Raz żeby zwiększyć wodoodporność podłogi dwa że na długość pałatka pozwoliła przedłużyć podłogę w przedsionku. Zrobiło się dość przytulnie.

Muszę przyznać że w tym roku dzięki namiotowi i obecności Mileny czerpaliśmy z festiwalu dużo więcej niż zwykle. Co chwilę się kręciliśmy po parku, bo przecież nie będziemy siedzieć w upale w namiocie. Tak po ulewach nastąpiły wręcz upały.

Pobiec finalnie nie pobiegłam, za to udało mi się:
Nie wiem czy za rok coś pobiegnę. Zawsze jest tak że na festiwalu jestem nakręcona a potem wiadomo – już tak się nie chce. Na pewno jednak będę spać pod namiotem.

Nie wiem co mi strzeliło do głowy. Tzn. no wiem – ceny. Namiot chodził za mną od jakiegoś czasu. Wiecie, pokazać dziecku że można fajnie, inaczej spędzić czas. Potem trzeba było zarezerwować nocleg na DFBG w Lądku i żarty się skończyły.
Zakup naturalnie trzeba było przetestować. Przetestowaliśmy go w Pokrzywnej – niedaleko Głuchołazów.
Przyjeżdżamy na miejsce. Jest już dość późno, widać że na campingu jest kilka namiotów i kilka kamperów. Idę na rekonesans, dowiedzieć się gdzie można zapłacić, gdzie rozbić.
Przechodzę mostem – po lewej można przejechać samochodem przez rzekę. Tak, przez rzekę. Idę do recepcji ale kartka kieruje mnie w stronę baru. Okolica przyjemna. Wokół domki które przypominają ośrodki wypoczynkowe z lat 90 i wcześniej. Zapewne z PRL, ale to nie moja epoka więc nie wiem.

Za barem stoi pan w różowych włosach. No nieźle. Fajny kolor. To właściciel. Pytam o co chcę, płacę i wracam do mojej ekipy. Robi się ciemno, ale się nie martwię – w końcu rozbijałam ten namiot w ogrodzie. Prościzna. Co prawda nie używałam w ogrodzie szpilek, ale co to za sztuka wbić szpilkę.
Pierwsze schody zaczynają się przy wyborze miejsca. Tu się rozbić czy tu? Tu lepiej, dostrzegam ślady po namiocie – czyli miejsce dobre, ale z drugiej strony drzewo nade mną…wierzby lubią się łamać. Wracam na miejsce pierwszego wyboru. Trochę w krzakach, bliżej rzeki – słychać lepiej jej szum. Zaczynam się rozkładać.
Szpilki nie wchodzą. Gdzie nie wbijam to kamienie. Bez młota to nie jest robota – jak to mówią więc idę po młotek. Multitool z Biedry bo przecież nie brałam gumowego młotka bo po co?

Morduję się ze szpilkami, jestem cała spocona ale namiot stoi. Jestem całkiem dumna. Jeszcze wtedy nie wiedziałam że najprawdopodobniej rozbiłam się na starej, porośniętej trawą drodze i stąd te kamienie. Na jednym nawet spałam – nie polecam.
Pierwszy dzień kończy się dla nas szybko – jest ciemno, wokół latają świetliki. Księżyc szybko chowa się za górą (to Biskupia Kopa?). Czas spać.
Milena od rana marudzi o placu zabaw. Wczoraj już była więc wie że plac zabaw tam jest. Szybko dopijam kawę i idziemy. Nie mogę sobie odmówić przejścia w Crocsach przez rzekę. Na Campingu nr 144 mają też basen. Nietrudno się domyślić, że po placu zabaw wróciłam do namiotu żeby przebrać młodzież w coś bardziej kąpielowego. I generalnie na tym mogłabym skończyć opis dnia drugiego – cały dzień moczenia nóg w basenie. Nie narzekam ale muszę koniecznie kupić sobie strój kąpielowy (spojler: kupiłam). Milena nie daruje mi wejścia do dużego basenu następnym razem a samej jej w życiu nie puszczę. Wieczorem Milena odpada szybko, więc mam wieczór dla siebie.
Każdy wyjazd ma to do siebie, że coś idzie zgodnie z planem, coś niezgodnie i pojawiają się różnego rodzaju przemyślenia. Tym razem było tak samo.
Nasz 'setup’ jest następujący. Nie będę pisać naturalnie o oczywistościach bo bagażnik był pełen szajsu, znaczy się było tego sporo. Kilka rzeczy jednak zasługuje na uwagę:
Zdecydowanie wzięliśmy za dużo jedzenia – szczególnie, że po drodze jeszcze się dokupiło – nie wiem po co, połowę przywiozłam z powrotem. Szybko też wymieniłam maty samopompujące na dmuchane karimaty – nadal niewygodnie ale nie bolą mnie biodra i nie zajmują tyle miejsca na wypadek wypadu z namiotem – ale o tym będzie w kolejnym wpisie o DFBG.
Z ostatnich rzeczy to myślę że jednak potrzebuję malutkiego stolika. I to tyle na dziś.

Kto powiedział, że nie można się wybrać na wycieczkę niedaleko domu? Można i z całego serca to właśnie polecam.
Ostatnio odkryłam fajne miejsce – niedaleko domu, odosobnione, ukryte między drzewami – więc upał nie szkodzi. Jak to zrobiłam? Włączyłam Stravę. Tak, to popularne narzędzie do rejestrowania aktywności ma fajną opcję – przeszukuje teren w którym jesteś i dopasowuje ci traskę. Na początku oczywiście puściła mnie najgorszą możliwą opcją, ale zmieniłam filtr na 'dirt only’ więc dostałam same boczne drogi.
Pojechałam na mały rekonesans rowerem – trasa była na tyle obiecująca, że następnego dnia wygrzebałam spod sterty przedmiotów wózek rowerowy i zapowiedziałam Milenie, że jedziemy na wycieczkę.
Wstaję rano. Piękna pogoda, będzie ciepło ale przyjemnie, no i poza tym tam jest mnóstwo drzew – nic tylko się spakować.
Muszę się dokopać do mojego buszkraftowego szajsu – zabrać kuchenkę gazową, niezbędnik – Milena znajduje czekoladę rozpuszczalną jeszcze z wycieczki w góry więc to też muszę zabrać. Tym razem skupiam całą swoją moc na tym by nie zapomnieć kuchenki. Ostatnio, gdy pojechałyśmy na kawkę do lasu, zapomniałam wziąć kuchenkę – skończyło się więc na zimnej zupie z kubka w grudniu. Milena nie darowała mi zupy z kubka – miała być, koniec.
Po godzinie jestem spakowana więc mogę się zająć walką z przyczepką – nie wiem czy ja jestem jakaś nie tego, ale wiecznie się muszę z tym mocować. Nie jest prosto zapiąć taki wózek do roweru, pociesza mnie jednak to, że pewnie tak samo trudno wózek by się wypiął. Jedziemy!
Na początku trasa jest dość cywilizowana – z opcji dirt only wywalam ten fragment ponieważ jest tam poprowadzony fragment ścieżki rowerowej, potem ścieżka się kończy a my wjeżdżamy w drogę dojazdową do pola. Po obu stronach mamy drzewa, ptaki śpiewają intensywnie. Jest takie miejsce, gdzie chyba mają gniazdo bo raban robią niesamowity. Niestety, nie wiem co to za ptaki – może kiedyś je nagram i uda się je rozpoznać – o ile nie zapomnę, a zapomnę na pewno.

Droga jest dość wyboista ale jedzie się nieźle. Co jakiś czas muszę robić uniki, żeby nie oberwać gałęzią róży w twarz. Milena jest zadowolona, co chwilę mi opowiada co widzi.
Dojeżdżamy do torów – idziemy łi? – pyta Milena z tyłu i to ostatnie co od niej słyszę – zasypia. Postanawiam stanąć na chwilę, niech sobie dziewczyna pośpi a ja sobie odpocznę. Wyciągam też aparat i robię zdjęcie nicości – przypomina mi to trochę Podlasie: patrzysz i widzisz wszystko płaskie dookoła. Na horyzoncie widać Ślężę. Popijam sobie colę, robię zdjęcia, żałuję że nie zabrałam ze sobą poddupnika. Milena smacznie śpi. Nagle przejeżdża pociąg – Milena się zrywa przerażona, ja w duszy gratuluję sobie miejsca postoju. Brawo, Magda, stanęłaś przy tych torach, bardzo to było mądre.
No nic. Wstałaś? To jedziemy. Dobra mina do złej gry.
Na szczęście jesteśmy już blisko, dwa skrzyżowania i zjeżdżamy na plac zabaw. Wypakowuję młodzież i siadam na ławce. Podsumowanie: jechałam z 4km, teraz będę tu siedzieć ze 3 godziny. W międzyczasie zrobię sobie kawkę.

Miejsce jest naprawdę urokliwe. Plac zabaw schowany w gąszczu drzew i krzewów. Dość typowy plac zabaw. Z kamyczkami, zjeżdżalnią, karuzelą i starymi zabawkami przyniesionymi przez małych imprezowiczów. W tyle wiata, a’la turystyczna, dalej w krzakach też jakiś sprzęt – hopsałki czy coś takiego, nie wiem jak się nazywa to ustrojstwo do skakania. Milena zachwycona sobie biega, ja rozglądam się dookoła. Kiedy młodzież robi się głodna, czas wyjąć kuchenkę i zrobię zupkę. Szef kuchni poleca dziś zupkę z kubka, czekoladę i kawę. Dodatkowo pokrojone w kawałki ogórki, winogrona, pomidorki i kabanosy oraz kilka bułek. Jesteśmy przygotowane.

Klimat biwakowy tak mi się udziela, że nie zauważam że siedzę obok kosza na śmieci i nie muszę kitrać opakowań po zupce do domu. To chyba dobry znak, tak sądzę.
Zasadniczo cel wycieczki osiągnęłam.
Pełen sukces. Na sam koniec wycieczki robię jeszcze małe kółko po Lesie Mokrzańskim. Chciałam dojechać do ruin pensjonatu. Bo Las Mokrzański to taki trochę las duchów. Czuć w nim niesamowitą atmosferę. Drogi są dość cywilizowane, czuć po prostu że kiedyś to było miejsce gdzie ludzie przejeżdżali do miasta, spali – nie to co teraz. Znajduje się tu również mogiła. Niejedna podobno. Oczywiście nic nie udało mi się znaleźć – lato to nie jest najlepszy sposób na takie wyprawy. Dużo lepiej szukać ruin jesienią, zimą – gdy już liście poopadają z drzew i krzewów.
Znajdujemy za to masę padalców. Nie ludzi, zwierząt. Łażą po drodze i nieźle się muszę nagimnastykować, żeby żadnego nie przejechać tym moim składem. Chyba się udaje – co złego, to nie ja.
Spędziłyśmy cały dzień 'na wycieczce’ i powiem szczerze że takie wycieczki to ja szanuję – nie tracę pół dnia w aucie żeby gdzieś dojechać, pochodzę (lub pojeżdżę), zjem coś fajnego, wypiję dobrą kawkę. Zdecydowanie to coś wartego powtórzenia.
Jedyne co mogę zrobić w tym miejscu to zachęcić cię do przeszukania swoich okolic. Może masz polną drogę koło której przejeżdżasz a tak naprawdę nigdy się nie zastanawiałaś dokąd prowadzi? Może warto spróbować?

W tym roku mam zamiar objeść się morwy. Kilka lat temu kupiłam w Biedronce kawałek gałęzi. Bałam się, że zainwestowałam 5zł w suchy patyk z jednym listkiem. Tymczasem po wsadzeniu go do ziemi zaczął rosnąć jak chwast na sterydach.
Ta morwa robiła za drzewo pełne pająków na Halloween, za żywopłot, była bezlitośnie przycinana – oczywiście nie sprawdziłam kiedy i jak ciąć morwę – jak to ja.
W tym roku jednak postanowiła mi podziękować. Nie przypominam sobie żeby kwitła, widzę natomiast że ma owoce. Małe żółtawe jakby malinki. Nie wiem czy mogę już je jeść, wydaje się że jak dotknęłam owocu to sam odpadł więc chyba można. Smak ciekawy. Może to nie będzie mój ulubiony owocek ale zdecydowanie będzie w topce.
Dzięki ci, Morwo.

Jeśli nie czytaliście pierwszej części to zachęcam – niemniej jednak ta część nie ma powiązań z poprzednią. Chyba. W każdym razie poprzedni wpis, który możecie przeczytać tutaj dotyczy soboty, ten poniżej niedzieli. To chyba tyle. Miłego czytania!
Ciężki poranek. Milena położyła się spać późno, ale znowu wstała wcześnie. Jeszcze wczoraj po zgaszeniu światła usiadła na łóżku i mówi: Mama, pa, gwiazdy! To prawda, mieliśmy piękne gwiazdy z okna. Jak to mówią: w domu tego nie masz.
Wlokę się po kawę. Znowu zimno w tej parszywej kuchni. Tym razem oprócz nas są inni goście, więc czyham żeby ich nie spotkać. 1:0 dla mnie. Pakujemy się, piszę SMS do pani od kluczy, że wychodzimy i pakujemy się do auta.
Stajemy pod dworcem PKP – protip: jeśli idziecie na Wysoki Kamień to wyżej też jest parking, darmowy a to uczciwa cena.
W pewnym momencie dochodzimy do ładnych widoczków – naprzeciw jakiegoś osiedla czy czegoś – po prostu wzięli i wybudowali bloki na wzgórzu. Stamtąd jest piękny widok na dolinę, obok mamy zejście do Złotego Widoku. To taki punkt widokowy – obok jest możliwość wynajęcia noclegu. Właściciele zrobili tam mały tarasik, postawili ławki, krzesła, mapkę szczytów. Generalnie super opcja – widać całe Karkonosze, stok jest nasłoneczniony, można bez problemów dojechać wózkiem.

Rozpakowałam więc kuchenkę i zaparzyłam sobie pysznej kawki. Tak trzeba żyć. Potem ruszyliśmy na szlak. Musieliśmy przetarabanić się taki brzydki fragment żeby dojść do rozwidlenia ze ścieżką rowerową i potem już było dobrze. Na tyle dobrze, że wyciągnęłam sobie piwko, które targałam w plecaku. Mówcie co chcecie, ale takie piwko na trasie to inny klimat. W sumie na trasie to wszystko ma inny klimat, nawet kanapka z pasztetem.
Kiedy piwko dochodzi do głosu, muszę zboczyć ze szlaku. Co mi przypomina, że muszę sobie kupić łopatkę do mojego „plecaka ucieczkowego” żeby nie musieć grzebać sto lat kijkiem w glebie. Niestety nie mam szczęścia i muszę się naczekać. W końcu się udaje, ale Milena mnie wydaje. Ja siedzę w krzakach a Milena krzyczy: Mama, szukam!! Dzięki, kochanie.
Wracam na szlak, idziemy niebieskim szlakiem. Jest powiedziałabym nudnawo, ale przyjemnie. Taka typowa niedzielna trasa bez większej spiny. W pewnym momencie widzimy jakąś budowlę. Coś jakby stróżówka, ale w tym miejscu? Jeszcze wszędzie dookoła betonowe słupy i druty, jak w jakimś obozie. Robię zdjęcia i zastanawiamy się co to jest – obok jest jakaś ścieżka, nie wiadomo o co chodzi. Akurat stamtąd wychodzą jacyś państwo i mówią, że tam jest bunkier.

Bunkier? Idziemy, wiadomo. Miejsce fajne, ktoś robił nawet ognisko, obok betonowa, porośnięta mchem konstrukcja. Niezbyt wygląda jak bunkier ale nie jestem specjalistką od wojskowych budowli. Jedyne moje doświadczenie z „bunkrami” to Twierdza Kłodzka i Riese. To tak nie wygląda. No ale nic, kij z nazwą idę zobaczyć co dalej – bo ta budowla to jakby most, labirynt – szlag wie. Wszędzie leżą pobite butelki i papierzaki.

Generalnie, kurde, ja rozumiem – jesteśmy na ognisku, jest, zakładam, ciemno, weszło piwo, wódeczka była pita więc chce się oddać mocz czy coś więcej, ale serio? W bunkrze? Przecież w razie czego moglibyśmy się tam schronić, to naprawdę chcemy spać obok gówien?
No nieważne. Przechodzę przez ten mini labirynt i za nim jest drugi budynek. Dookoła korzenie porośnięte mchem jak w jakiejś Luizjanie czy innej Karolinie Południowej. Podchodzę do budowli i mam jeszcze większe wątpliwości czy to bunkier. Nie wchodzę do środka, wizja wdepnięcia w ludzkie odchody mnie zniechęca.
W domu sprawdziłam: to nie był bunkier. To było składowisko materiałów wybuchowych dla pobliskiej kopalnie. Stąd te płoty i labirynty.
Szybko dochodzimy do kopalni. Generalnie niezbyt pamiętam to miejsce, z reguły byłam tam w nocy 😀 Ale Milena jest w siódmym niebie. Wspina się na głazy, skacze. Cieszy się jak w pewnym „sklepie z kamieniami” w którym raz byliśmy. Tak, niedaleko Wrocławia jest sklep w którym możecie kupić kamienie, kamienne fontanny i takie tam.

Rozkładam kuchenkę. Czas na kucharzenie.
Szef kuchni poleca dziś:
Przyjemnie tak siedzieć w słońcu, jeść tę kaszę i nic nie musieć. Niestety po jakimś czasie jednak musimy coś zrobić. Konkretnie wrócić. Wracamy tą samą drogą którą przyszliśmy. Koniec weekendu, czas wracać do domu.



W tym roku postanowiliśmy wrócić do małej tradycji. Tą tradycją była trasa ze Świeradowa-Zdroju do Szklarskiej Poręby. Tym razem miała z nami jechać Milena – a to oznacza WYZWANIE!
Uznaliśmy, że najlepiej będzie pojechać w piątek po pracy i w sobotę rano ruszyć na szlak. Chcieliśmy jak najwięcej przejść za dnia. Milena miała jechać w wózku-przyczepce także nie baliśmy się, że zamarznie (ta jak to było w nosidle – o tym kiedyś napiszę, o ile nie zapomnę) ale wiadomo, lepiej iść za dnia niż potem z tym wózkiem się tarabanić po kamieniach.
Z Wrocławia wyjechaliśmy po 18, a po 21 byliśmy zameldowani w pokoju. Posiedzieliśmy trochę, zaplanowaliśmy trasę i poszliśmy spać.

Wstaję rano – nie moja decyzja. Milena uznała że 6 rano to dobra godzina na pobudkę. Za oknem mam widok na Wysoki Kamień – nie planowaliśmy tam iść bo z tego co pamiętałam to dojście nie było za bardzo wózkowe, ale widok mi się podoba. Nocą widać gwiazdy, za dnia wieżę.

We wspólnej kuchni jest zimno jak cholera – wróciłam więc po polar. Nówka-sztuka. Miał chrzest bojowy i zdał, mimo że M narzekał, mówiąc „za gruby kupiłaś”. Nie zna się, dobry jest.
Zrobiłam kawkę do blaszaka, wodę do termosu i wróciłam do ciepłego pokoju. Jeszcze musiałam zakombinować z czajnikiem bo okazało się, że kontakt przy czajniku nie trzymał się ściany. Ostatnie na co mam ochotę to spłonąć w tym przybytku, który ma klimat starej kamienicy i poniekąd nią jest. No dobra, villą bardziej ale klimat kamienicy. Naszą trasę zaplanowaliśmy tak, by iść ścieżkami rowerowymi z racji ich cywilizowanego przebiegu. Zapakowałam butelkę wody do gotowania na kuchence i pojechaliśmy do Świeradowa.
Zaczęło się od tego, że trochę źle stanęliśmy. Zaparkowaliśmy niedaleko wyciągu – to była zła decyzja, trzeba było stanąć bliżej centrum. Ale trasa jest jak najbardziej wózkowa. Asfalt, ubity szuter. Elegancko. Pierwszy postój robimy we wiatce. Nie rozstawiam kuchenki bo mi się nie chce, za to nalewam herbatki do termosu i zajadamy się z Mileną orzechami i kabanosami. Święci słońce i jest naprawdę przyjemnie.

Po kilku godzinach doszliśmy do Chatki Górzystów. Pora na rozłożenie kuchenki i przygotowanie zupki. Stawiam na chińskie zupki i piwo. Piwo oczywiście zimne, niesione z poświęceniem. Milena najpierw mówi, że chce pomidorową, potem że nie, a na końcu je sam suchy makaron. Trzylatka – nie dogodzisz.

Jest tak ciepło, że siedzę w krótkim rękawku, zdejmuję buty żeby stopy odpoczęły i naklejam plaster bo odgniotła mnie skarpetka – standard.
Siedzimy godzinkę i się zbieramy. Tu zaczynają się schody. Dochodzimy do miejsca, które nijak nie jest cywilizowane. To nie to ze zdjęcia poniżej. Jakby co 😉

Droga pnie się stromo do góry i leży kupa kamieni. M idzie na rekonesans. Ja czekam i oglądam mapę. Po lewej widzę ślady obozowiska. To spoko miejsce, mimo że blisko szlaku. Obok płynie strumień, można się schować w drzewach. Marzy mi się obóz w lesie, ale znając siebie bym chyba umarła ze strachu. M wraca i mówi, że nie ma opcji przejść. Za długo, za stromo, za dużo kamieni. Wracamy więc do Chatki i to zasadniczo koniec. M chce iść innym szlakiem, ale ja protestuję. Mamy 14km w nogach, jesteśmy w połowie a nasza trasa się skopała to co dopiero jak zaczniemy łazić to tu to tam. Decydujemy się na powrót do Świeradowa.
W drodze powrotnej jest mgła jak z powieści Kinga. Nic nie widać, ale jakoś dojeżdżamy do noclegu. Padnięci szybko idziemy spać. Nie wiemy gdzie pójdziemy następnego dnia, bo to zależy w jakim stanie obudzimy się rano. Część druga nastąpi…

Środa. Powiadomienie z aplikacji przedszkola. Pojawiła się awaria, którą jutro będzie usuwać ekipa z tego powodu przedszkole zostaje zamknięte. Co było robić? Wzięłam wolne i otworzyłam mapy Google.
Jakiś czas temu mój wujek opowiedział mi jak lubi sobie robić krótkie wypady w okolice Niemczy. Uznałam że to dobre miejsce na mały wypad trekkingowy. Milena niekoniecznie jest górołazem i nie chciało mi się jej nosić na plecach cały czas. Wybrałam więc Tatarski Okop. Miejsce w którym kiedyś było grodzisko, wały obronne i generalnie mieszkali ludzie. Idealne miejsce. Niedaleko, górka nieduża, blisko do auta. W najgorszym razie bym po prostu wróciła.

Wstałam rano, przygotowałam bułki z pasztetem, herbatę z syropem z dyni i mlekiem i pojechałyśmy. Co prawda padało ale hej, nie ma złej pogody. Zapakowałam mój „plecak ucieczkowy” po brzegi, przygotowana nawet na rozpalenie ognia.

Cały czas jechałyśmy w deszczu, na szczęście przestało padać przed Niemczą. Żeby dojechać do Tatarskiego Okopu trzeba skręcić w stronę Gilowa. Po prawej stronie widać wiaty i stoliki – to jest ten moment żeby skręcić. Da się tam postawić auto. Ja zwątpiłam i musiałam nawracać w Gilowie bo nie chciałam z nią tyle iść ulicą.

Wjeżdżamy do lasu. Postawiłam auto i wypakowałam szajs. Muszę kupić porządną kurtkę. Tym razem musiała mi wystarczyć bluza i sztormiak. Jest miejsce na ognisko, niestety wszystko jest mokre. Nie rozpalę ognia. Wyciągam więc bułkę, termos z herbatą i poddupnik. Milena siedzi na poddupniku bo ławki trochę są wilgotne mimo że siedzimy pod wiatą. Wyciągam dziennik podróżnika (to nic że właściwie nie podróżuję) i zaczynam pisać. Czuję się jak kapitan na statku. Po jednym zdaniu pióro przestaje pisać. W domu przeszło mi przez myśl żeby sprawdzić poziom tuszu ale uznałam że właściwie to nie trzeba. No cóż…

Robię kilka zdjęć i idziemy dalej. Przed nami jeszcze trochę marszu. Wchodzimy głębiej w las. Jest cicho, ptaki nie śpiewają. Co jakiś czas słychać delikatny szum samochodów a tak to nic. Dochodzimy do jednej tablicy, drugiej. W pewnym momencie widzimy wymurowany krąg. To chyba ta osada. Wyciągam detektor fal elektromagnetycznych – będziemy szukać duchów. Detektor niestety nic nam nie daje, różdżki też nie – co prawda niezbyt się skupiam ale może tam po prostu nie ma duchów?

Obchodzimy górkę dookoła, Milena w końcu mówi że chce do auta. Jak chce to idziemy. Cała wycieczka zajęła nam jakieś 1.5h. Dlatego jeśli macie ochotę na mały piknik pod Wrocławiem to polecam to miejsce. Jest naprawdę przyjemne. Można zrobić piknik z ogniskiem, zrobić spacer wokół górki. Stamtąd prowadzi też szlak dalej ale już nie szłyśmy tamtędy.

Poniżej mapka trasy. Źródło: Mapy.cz – polecam ich apkę do wędrówek.


Pierwszy raz samotnie wybrałam się do Tykocina na Podlasiu. Potem pojechałam kolejny raz. Spodobało mi się, niestety pandemia, różne życiowe zawirowania a w końcu ciąża i potrzeba odnalezienia się w nowej rzeczywistości spowodowały, że kolejna samotna wyprawa to był Bolesławiec. Kilka lat później.
Kiedy piszę te słowa jest początek czerwca, a ja czuję, że ciągnie mnie do kolejnego miejsca. Jeszcze nie wiem do końca gdzie pojadę, na Google Maps mam przygotowaną listę miejsc, które chciałabym odwiedzić.
Zebrałam listę rzeczy, na które warto zwrócić uwagę jeśli chce się zacząć samotne podróżowanie. Być może uda ci się uniknąć niektórych rzeczy na które sama się nacięłam.
Samotne podróże są fajne i większość ludzi jest przyjazna. Niestety nie wszyscy tacy są. Niektórzy chcą cię skrzywdzić dlatego warto brać pod uwagę własne bezpieczeństwo.

Lepiej wybierać miejsce noclegu bliżej głównych ulic, rynków. W Bolesławcu wylądowałam na blokowisku. Finał był taki, że nie widziałam bolesławieckiego rynku po zmroku bo po prostu bałabym się wracać po zmroku w okolice bloków. W Tykocinie spałam przy samym placu (takim jakby ryneczku) i często po zmroku wychodziłam na spacery. Było pięknie!
Łatwo powiedzieć “porozmawiaj z kimś” komuś, kto z ludźmi nie rozmawia a dodatkowo z powodu ADHD ciągle gada i nie słucha. Ale warto rozmawiać z ludźmi, można się czegoś ciekawego dowiedzieć. W Bolesławcu zaczepił mnie pewien pan, który opowiedział mi o wiadukcie i powiedział w którą stronę się do niego kierować. Nie lubię takich rozmów, są dla mnie niezręczne, ale doceniam to. Sama bym nikogo nie zaczepiła.
Jeśli chcesz kogoś poznać, ale nie chcesz nagle z czapy kogoś zaczepiać usiądź w knajpce lub na ławce i zacznij pisać, dziergać lub rysować. Cokolwiek lubisz – gwarantuję, że prędzej czy później ktoś cię zagadnie o to co robisz, a potem to już wiadomo – różnie się może rozmowa potoczyć.

Jeśli nie chcesz nikogo poznać – zostaw szydełko w hotelu – słuchawki twoim przyjacielem. Nawet jeśli niczego nie będziesz w tych słuchawkach słuchać.
To cenna rada szczególnie dla tych co piszą. Mały notes, pióro i wytężony słuch – życie dostarcza najlepsze historie i dialogi więc warto podsłuchać rozmów ludzi. Może wpadniesz na pomysł życia. Do tych co siedzą w knajpach i gadają: ludzie słuchają. wierzcie mi 😉
Boczne uliczki mają to do siebie, że mniej ludzi wybiera tamte rejony ale to wcale nie znaczy, że nie ma w nich klimatu. Wręcz przeciwnie! Często w tych bocznych uliczkach znajdziemy fajne knajpki, sklepy z antykami czy rękodziełem. W spokoju usiądziesz przy najpewniej wolnym stoliku i będziesz mogła pisać, pisać, pisać. Albo malować, co wolisz.

Nie wiem czy mój wpis zapalił w tobie płomyk chęci wybrania się w samotną podróż. Pamiętaj, że nie musisz jechać za granicę, ba nawet nie musisz jechać na drugi koniec Polski. Bolesławiec jest jakąś godzinę pociągiem od Wrocławia. Godzina w pociągu otwiera drzwi do przygody. Może w sąsiednim mieście jest hotel? Poszukaj.

Co może być najbardziej samotną rzeczą na świecie?
Kapsel rzucony na ścieżce po środku lasu? Wyobcowany, kompletnie nie pasujący do miejsca w którym się znalazł. Porzucony jako coś niepotrzebnego.
Księżyc. Księżyc również jest bardzo samotną rzeczą. Kiedy jaśnieje na ciemnym niebie wydaje się być jedyną rzeczą w danym momencie. W porównaniu do bezkresu kosmosu tym bardziej wydaje nam się że księżyc jest jak boja na środku morza. Dryfuje samotny.
Brzoza pośrodku polany. Patrząc na brzozę na środku polany która ma pełno liści, jest rozłożysta, kryją się w niej ptaki a mimo to stoi taka sama bez towarzystwa.Kiedy rozejrzymy się wokół siebie okazuje się, że wokół nas jest bardzo dużo samotnych rzeczy których nie zauważamy, które pozornie są elementem większej całości. Ale jeśli się w to zagłębimy to okazuje się że są to odrębne jednostki. Kompletnie niedopasowane do otaczającego ich świata.