Kategoria: biwaczenie

  • DFBG po latach i pod namiotem

    DFBG po latach i pod namiotem

    Pierwszy raz na Dolnośląskim Festiwalu Biegów Górskich w Lądku Zdroju byłam 10 lat temu. Bo dziesięciu latach wracamy z namiotem i czterolatką.

    Kilka miesięcy temu M pyta mnie czy chcę pobiec w Lądku, sam uznał że pobiegnie 70km jak za starych dobrych czasów. Kiedyś próbował nawet 240km ale skończyło się na tym, że musiałam go odbierać z Bystrzycy czy skądś tam indziej. Tyle tego było, że już nie pamiętam skąd i kiedy go odbierałam pokonanego przez kilometry i inne przypadłości biegaczy.

    Uznałam, że pewnie pobiegnę sobie dyszkę, czemu nie i… nie trenowałam. Typowa Magda.

    Ponieważ miałam pewne wnioski po ostatnim spaniu pod namiotem, zrobiłam stosowne zakupy: tym razem zamiast maty samopompującej kupiłam dmuchaną karimatę. 6 grubości więc liczyłam że się wyśpię – jestem z tych co się wiercą i śpią na boku.

    W dniu wyjazdu porobiłam jeszcze zakupy typowo biegowe oraz kupiłam krzesełka turystyczne. Takie małe, bez podłokietników. Potem zaczęło lać…

    Lało okropnie więc uznaliśmy że jedziemy do moich rodziców i następnego dnia rano podjedziemy do Lądka o ile nie będzie padać. Całe szczęście nie padało! Z opóźnieniem zjawiliśmy się na polu namiotowym.

    W tym roku pole było płatne. Miało być za to luksusowo: ciepła woda pod prysznicem, kibelki, miejsce relaksu. Kibelki naprawdę luksusowe, ceramiczne, eleganckie. Reszta interesowała mnie mniej.

    Pierwszy raz spaliśmy też w ścisku – było sporo ludzi ale udało się rozbić namiot i nie zaglądać komuś do wnętrza jego namiotu. Pod namiot położyłam pałatkę. Raz żeby zwiększyć wodoodporność podłogi dwa że na długość pałatka pozwoliła przedłużyć podłogę w przedsionku. Zrobiło się dość przytulnie.

    Muszę przyznać że w tym roku dzięki namiotowi i obecności Mileny czerpaliśmy z festiwalu dużo więcej niż zwykle. Co chwilę się kręciliśmy po parku, bo przecież nie będziemy siedzieć w upale w namiocie. Tak po ulewach nastąpiły wręcz upały.

    Pobiec finalnie nie pobiegłam, za to udało mi się:

    • nie wyspać pierwszej nocy
    • zjeść pstrąga którego bym nigdy nie zamówiła gdyby nie Milena
    • być chwilę na nocnym koncercie Heebie Jeebies i mi się podobało!
    • utknąć na polu namiotowym bo rozładował nam się akumulator (2 razy xd)
    • pobiegać w lesie na luzie

    Nie wiem czy za rok coś pobiegnę. Zawsze jest tak że na festiwalu jestem nakręcona a potem wiadomo – już tak się nie chce. Na pewno jednak będę spać pod namiotem.

  • Śpimy pod namiotem!

    Śpimy pod namiotem!

    Nie wiem co mi strzeliło do głowy. Tzn. no wiem – ceny. Namiot chodził za mną od jakiegoś czasu. Wiecie, pokazać dziecku że można fajnie, inaczej spędzić czas. Potem trzeba było zarezerwować nocleg na DFBG w Lądku i żarty się skończyły.

    Dzień pierwszy

    Zakup naturalnie trzeba było przetestować. Przetestowaliśmy go w Pokrzywnej – niedaleko Głuchołazów.

    Przyjeżdżamy na miejsce. Jest już dość późno, widać że na campingu jest kilka namiotów i kilka kamperów. Idę na rekonesans, dowiedzieć się gdzie można zapłacić, gdzie rozbić.

    Przechodzę mostem – po lewej można przejechać samochodem przez rzekę. Tak, przez rzekę. Idę do recepcji ale kartka kieruje mnie w stronę baru. Okolica przyjemna. Wokół domki które przypominają ośrodki wypoczynkowe z lat 90 i wcześniej. Zapewne z PRL, ale to nie moja epoka więc nie wiem.

    Za barem stoi pan w różowych włosach. No nieźle. Fajny kolor. To właściciel. Pytam o co chcę, płacę i wracam do mojej ekipy. Robi się ciemno, ale się nie martwię – w końcu rozbijałam ten namiot w ogrodzie. Prościzna. Co prawda nie używałam w ogrodzie szpilek, ale co to za sztuka wbić szpilkę.

    Pierwsze schody zaczynają się przy wyborze miejsca. Tu się rozbić czy tu? Tu lepiej, dostrzegam ślady po namiocie – czyli miejsce dobre, ale z drugiej strony drzewo nade mną…wierzby lubią się łamać. Wracam na miejsce pierwszego wyboru. Trochę w krzakach, bliżej rzeki – słychać lepiej jej szum. Zaczynam się rozkładać.

    Szpilki nie wchodzą. Gdzie nie wbijam to kamienie. Bez młota to nie jest robota – jak to mówią więc idę po młotek. Multitool z Biedry bo przecież nie brałam gumowego młotka bo po co?

    Morduję się ze szpilkami, jestem cała spocona ale namiot stoi. Jestem całkiem dumna. Jeszcze wtedy nie wiedziałam że najprawdopodobniej rozbiłam się na starej, porośniętej trawą drodze i stąd te kamienie. Na jednym nawet spałam – nie polecam.

    Pierwszy dzień kończy się dla nas szybko – jest ciemno, wokół latają świetliki. Księżyc szybko chowa się za górą (to Biskupia Kopa?). Czas spać.

    Dzień drugi

    Milena od rana marudzi o placu zabaw. Wczoraj już była więc wie że plac zabaw tam jest. Szybko dopijam kawę i idziemy. Nie mogę sobie odmówić przejścia w Crocsach przez rzekę. Na Campingu nr 144 mają też basen. Nietrudno się domyślić, że po placu zabaw wróciłam do namiotu żeby przebrać młodzież w coś bardziej kąpielowego. I generalnie na tym mogłabym skończyć opis dnia drugiego – cały dzień moczenia nóg w basenie. Nie narzekam ale muszę koniecznie kupić sobie strój kąpielowy (spojler: kupiłam). Milena nie daruje mi wejścia do dużego basenu następnym razem a samej jej w życiu nie puszczę. Wieczorem Milena odpada szybko, więc mam wieczór dla siebie.

    Podsumowanie

    Każdy wyjazd ma to do siebie, że coś idzie zgodnie z planem, coś niezgodnie i pojawiają się różnego rodzaju przemyślenia. Tym razem było tak samo.

    Nasz 'setup’ jest następujący. Nie będę pisać naturalnie o oczywistościach bo bagażnik był pełen szajsu, znaczy się było tego sporo. Kilka rzeczy jednak zasługuje na uwagę:

    • maty samopompujące z demobilu – fajna opcja jak ktoś śpi na plecach, ja nie śpię więc bolały mnie biodra – do wymiany
    • koc piknikowy do namiotu – dodatkowa izolacja plus namiot ma milutką podłogę – zostaje
    • pałatka AKA płachta z żuka – robiła za przedłużenie przedsionka i mały korytarzyk do siedzenia i chodzenia bez butów – zostaje
    • śpiwory – tu w sumie nic nie trzeba dodawać – niewygodne ale zostają, nie mam lepszego pomysłu
    • pierdoły typu lampki, kuchenka gazowa – to zawsze się przydaje, nie ma co marudzić – zostają

    Zdecydowanie wzięliśmy za dużo jedzenia – szczególnie, że po drodze jeszcze się dokupiło – nie wiem po co, połowę przywiozłam z powrotem. Szybko też wymieniłam maty samopompujące na dmuchane karimaty – nadal niewygodnie ale nie bolą mnie biodra i nie zajmują tyle miejsca na wypadek wypadu z namiotem – ale o tym będzie w kolejnym wpisie o DFBG.

    Z ostatnich rzeczy to myślę że jednak potrzebuję malutkiego stolika. I to tyle na dziś.